Mity inwestycyjne „selekcjonerów” versus popularność ETF


Piątek, 22 marca 2019 godz. 20:10

Niedawno Wells Fargo Investment Institute pokusił się o podsumowanie 30 lat (od początku 1989 r. do końca 2018 r.) notowań cen akcji na rynku amerykańskim. Tradycyjnie już dla tego typu opracowań wykazano, że w długim terminie rynek akcji nie miał sobie równych, jeśli chodzi o zyski z poczynionych inwestycji. Średnioroczna stopa zwrotu w portfel inwestycyjny wzorowany na indeksie S&P500 wyniosła 7,61%, co dało zwielokrotnienie kapitału niemal dokładnie 9 razy w tym okresie. Przy założeniu, że nie zostałaby dokonana żadna transakcja – na zasadzie: kup i trzymaj.

Zwolennicy teorii o nieskuteczności prób dostosowywania zaangażowania w rynek akcji w zależności od czynników fundamentalnych i technicznych (krótko: timingu) szybko przeprowadzili dalszą analizę, która wykazała, że opuszczenie przez inwestora zaledwie 10 najlepszych - pod względem wzrostu indeksu - sesji spośród 7560 wszystkich, które odbyły się w tym czasie, spowodowałoby spadek średniorocznej stopy zwrotu do 5,16%. A to oznaczałby, że kapitał w tym czasie wzrósłby już tylko 4,5 razy. Analogicznie opuszczenie 20 najlepszych sesji dałoby spadek średniorocznej stopy zwrotu do 3,50%, a mnożnik kapitału wyniósłby zaledwie 2,8. Natomiast przy opuszczeniu 50 najlepszych sesji (czyli mniej niż 0,7% wszystkich sesji) powoduje, że średnioroczna stopa zwrotu staje się ujemna i wynosi -0,47%, a na koniec okresu inwestor zaledwie 0,87 włożonego kapitału. Przy wszystkich obliczeniach nie brano pod uwagę żadnych kosztów transakcyjnych i innych związanych z wychodzeniem i wchodzeniem na rynek akcji.

Rzeczywiście obliczenia robią wrażenie. I są chętnie wykorzystywane przez popleczników funduszy zarządzanych aktywnie, którzy najczęściej uważają, że jedynym skutecznym sposobem uzyskania stopy zwrotu lepszej od indeksu jest odpowiednia selekcja. (Stąd w uproszczeniu można ich nazwać „selekcjonerami”.) Według nich timing jest szalenie ryzykowny, bo kojarzy się ze spekulacją i można przy niewielkim ilościowym błędzie (niewielka liczba sesji poza rynkiem akcji) bardzo pogorszyć wynik inwestycji.

Przyzwoitość nakazywałaby jednak o symetryczne obliczenia. I tak w sytuacji, gdy opuścimy 10 najlepszych, ale i 10 najgorszych sesji we wspomnianym okresie, to średnioroczna stopa zwrotu wynosi 7,87%, czyli nieco lepiej niż w strategii „kup i trzymaj”. Analogiczne obliczenia dla opuszczenia 20, 30 , 40 i 50 sesji zarówno najlepszych, jak i najgorszych w danym okresie przynosi średnioroczną stopę zwrotu powyżej 8%, a mnożnik kapitału zdecydowanie powyżej 10.

Mit „selekcjonerów” o irracjonalności timigu pogrążają inne obliczenia. Jeśli w wyniku aktywnego wchodzenia i wychodzenia z amerykańskiego rynku akcji w okresie ostatnich 30 lat udało się uniknąć zaledwie 10 najgorszych sesji (a spośród tych 10 aż 6 przypadało na rok 2008), to średnioroczna stopa zwrotu zamiast 7,61% w strategii „kup i trzymaj” wyniosła 10,37%. A to oznacza, że po 30 latach zamiast kapitału przemnożonego przez 9 (przy „kup i trzymaj”) mielibyśmy przemnożony przez 19. Analogicznie sytuacja wygląda przy opuszczeniu 20, 30 i 40 najgorszych sesji – te wskaźniki sukcesywnie rosną. Przy opuszczeniu 50 najgorszych sesji średnioroczna stopa zwrotu wynosi już niemal 17%, co daje na koniec 30 lat kapitał przemnożony przez 110! Zamiast przez 9!!!

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę sumę kosztów transakcyjnych i innych w wysokości około 20% - 30% kapitału początkowego , to i tak otrzymujemy imponujący mnożnik ponad 109. Czy ktoś się jeszcze dziwi, dlaczego Amerykanie tak gremialnie przenoszą swoje zainteresowanie na rynek ETF, który daje możliwości relatywnie nisko kosztowego stosowania strategii timingu dla indeksów giełdowych? Popularność ETF rośnie kosztem funduszy aktywnie zarządzanych, niestety.

Alfred Adamiec


« zobacz listę komentarzy